Z1000

6 Rzeczy, Które Powinieneś Wiedzieć o Z1000

 

 

Życie celebryty wcale nie jest takie fajnie, jak by się mogło wydawać. Wszyscy coś od ciebie chcą, wszyscy cię porównują do innych i wszyscy czegoś (czyt. więcej) od ciebie wymagają. Dokładnie 13 lat temu, kiedy telefon z dotykowym wyświetlaczem był trochę jak science fiction, pierwszy Z1000 wszedł na scenę nakedów i namieszał na niej bardziej jak Maria Kiszczak w sekretariacie IPN. Obecnie na rynku power-nakedów szaleje najnowsza generacja Zeta i z racji tego, że jest to sprzęt dość niezwykły, powinno się o nim kilka rzeczy wiedzieć.

 

1. Tu nie ma kontroli trakcji!

Żyjemy w czasach, w których najlepiej publicznie przyznać się, że jest się homoseksualnym, multikulturalnym, islamskim, czarnoskórym weganinem, który żyje w zgodzie ze wszystkimi przepisami BHP. Wszystko obecnie ma kontrolę trakcji, nawet niektóre skutery. Wszystko po to, abyś przypadkiem nie zrobił sobie krzywdy i abyś przypadkiem nie miał zbyt dużo frajdy. Teraz motocykl, który nie posiada kontroli trakcji jest trochę jak relikt, jak analogowy Stratocaster w dobie smartfonów i Spotify. Kiedy tutaj otworzysz gaz za szeroko to na kokpicie nie będzie mrugać żadne światełko informujące Cię o tym, że w centralnej jednostce komputerowej motocykla uruchomiła się właśnie jakaś krzemowa niania, która zapobiega utracie przyczepności tylnego koła. Zamiast migającej pomarańczowej kontrolki przednie koło wystrzeli w górę na pierwszym, drugim i trzecim biegu. Wbrew temu, co twierdzą nudziarze z departamentu bezpieczeństwa i higieny pracy z Unii Europejskiej brak kontroli ma swoje zalety. Na przykład, aby spalić gumę na światłach nie trzeba przedzierać się przez żadne menu, wciskać żadnych przycisków tylko podkręcić obroty do 4500, strzelić sprzęgłem i patrzeć jak Bridgestone zmienia stan skupienia ze stałego w gazowy.

 

2. Można nim jeździć spokojnie. Ale po co?

To nie jest tak, że gaz działa w systemie zero-jedynkowym i że każde nanomilimetrowe odkręcenie prawej manetki będzie oznaczało dużo krzyku. Zetem da się jeździć, hmmm, cywilizowanie. System podwójnej przepustnicy, który jest praktycznie w każdym topowym Kawasaki dba o to, aby przepływ mieszanki powietrzno-paliwowej był możliwie najbardziej płynny. I jeśli chcesz i najdzie Cię taka ochota, możesz się tym motocyklem po prostu bujać spokojnie po mieście. Prawdę mówiąc, możesz cały dzień jeździć na piątce – na tym biegu można też ruszyć z miejsca. Skrzynia biegów działa tak precyzyjnie, że w sumie bardziej satysfakcjonujące jest zmienianie kolejnych przełożeń bez użycia klamki sprzęgła. I wszystko generalnie sprawia wrażenie, że Z1000 to motocykl łagodny. Tak oczywiście nie jest. Zredukuj o bieg, może o dwa, albo nawet trzy. Silnik zacznie warczeć, wibrować. Będziesz miał wrażenie, że jest psem i chcesz mu właśnie wyrwać patyk z pyska. Zet cały czas chce się bawić. Cały czas chce, żebyś spuścił go ze smyczy.

 

3. Wheelie na trzecim biegu, przy 140 km/h? Tak, możliwe.

Na papierze 142 KM nie jest przesadnie imponujące. Taką ilość pikantnego sosu motocykle miały dekadę temu, ale pikantny sos w Z1000 jest ekstra-pikantny. To wystarczy, żeby wydać z siebie jeden wielki, kakofoniczny krzyk przerażenia, podniecenia i radości jednocześnie za każdym razem, kiedy opęta Cię zew przodków i uznasz, że doskonałym pomysłem będzie odkręcenie gazu na maxa. Krzywa, a raczej prosta momentu obrotowego jest tak skalibrowana, że jest on dostępny zawsze, przy każdych obrotach, w każdym momencie, na Twoje zawołanie. Prędkość autostradowa, trzeci bieg i nagłe otwarcie gazu = wheelie. Śmiało, zapytajcie nas skąd to wiemy. A jeśli jakimś niefortunnym zrządzeniem losu jesteś klinicznie uznany za szalonego i uznasz, że Z1000 słabo idzie, to pamiętaj, że naturalny zakres pracy ludzkiego nadgarstka pozwala na otwarcie przepustnicy w 80%. Jeśli wygniesz dłoń trochę bardziej, z silnika wylezie diabeł. I bynajmniej nie będzie to czerwony grubasek z widłami, ale to, o czym jest napisane w Apokalipsie.

 

4. Perfekcyjna centralizacja masy + telepatyczne zawieszenie =     perfekcyjne prowadzenie

Zerknij na zdjęcia. Widzisz tą ogromną, muskularną sekcję centralną, silnik, okalającą go ramę i dolepioną do tego resztę motocykla? Tam jest cała masa, co z powodów, których nie da się opisać bez naukowego przynudzania jest bardzo dobre i pożądane. Nie jest sztuką zrobić motocykl, który będzie dobrze wchodził w zakręty. Sztuką jest zrobić taki motocykl, który będzie w nie dobrze wchodził, dobrze przez nie przejeżdżał i wychodził z nich na pełnej bombie. Oczywiście, że zawieszenie jest twarde jeśli spojrzymy na nie pod kątem komfortu. Ale kiedy zaczniesz Zetem jeździć szybko, okaże się, że masz relację na żywo z tego, co dzieje się na styku opon z asfaltem. Wbrew pozorom i atomowemu silnikowi wcale nie jest tak łatwo zerwać przyczepność. Zawieszenie daje popis swojej charakterystyki w czasie szybkiej jazdy. Po prostu czujesz się pewnie, wiesz gdzie właśnie znajduje się największa przyczepność, wiesz na ile możesz sobie pozwolić – nawet bez kontroli trakcji. To analogowy orgazm. Nic nie daje takiej satysfakcji jak ujarzmianie motocykla, który jest po prostu dzikim zwierzęciem.

 

5. Jest piękny. It's beautiful.

Nazwać Z1000 ładnym jest nie na miejscu. Ładne są labradory i hostessy Monster Energy. Z1000 wygląda jak połączenie Obcego i bardzo zdenerwowanej top-modelki. Są motocykle, które po otwarciu drzwi garażu wzbudzają rozczarowanie, są motocykle, które wyglądają jakby miały wypadek i były zmontowane z elementów kosiarki i ogrzewacza pokojowego Farel. Obserwujemy ludzi w salonie, którzy przyglądają się Z1000. Sprawiają wrażenie, jakby stali oko w oko z kosmitą, który wyszedł właśnie ze swojego statku i oznajmił, że chce zniszczyć ziemię. Dokładna analiza wyglądu Zeta to temat na oddzielny artykuł, może nawet na książkę. To same mięśnie i zerowa zawartość tłuszczu oraz dużo żył pompujących paliwo i adrenalinę. Wyglądem nie da się jeździć i wygląd z punktu widzenia fizycznego – prowadzenie, hamowanie, reakcja na gaz – jest nieistotny, ale siedząc za sterami Zeta, obejmując udami potężny zbiornik paliwa, będąc lekko pochylonym nad kierownicą w pozycji bojowej będziesz się czuł wyjątkowo, a ciarki na plecach dopadną Cię otwierając garaż.

 

6. To ostatni analogowy streetfighter.

Za 10-15 lat wszystkie motocykle będą na prąd, na bezglutenową sałatkę z kiełków i nasion Chia będą nam przygotowywać roboty. Frajda i satysfakcja z samodzielnego ogarniania motocykla jest zagrożona. Wszystko będzie miało kontrolę trakcji, systemu wspomagające i będzie jeździło samo. To się już dzieje. Z1000 to ostatni analogowy streetfighter, który jest jak doskonała, wieloletnia whisky, jak perfekcyjne piwo nie splugawione sokiem malinowym ani lemoniadą. Nie ma na świecie wielu rzeczy, które człowiekowi moją zapewnić wyższy poziom satysfakcji niż pełna symbioza z maszyną, czucie prowadzenia przez układ nerwowy w opuszkach palców, czucie transferu masy w zakrętach. To jest wspaniałe. To sensacyjna, nieocenzurowana, nierozcieńczona radość z jazdy. Z1000 to ostatni przedstawiciel rodu rasowych streetfighterów. Więc śmiało, przerzuć nogę nad bakiem, odkręć gaz, zmieniaj biegi dopiero wtedy, kiedy wskazówka obrotomierza będzie dawno na czerwonym polu i nie bój się wysyłać bieżnika tylnej opony do atmosfery, póki jeszcze możesz.